Forum Psychologia

Szczerze: chcę się wygadać.

~kronika13

~kronika13

Witam wszystkich,
Chcących przeczytać moje wynurzenia i "gorzkie żale". Z góry dziękuję tym, którzy zechcą coś odpisać, może znajdę tam coś, co mi ulży, a jeśli nawet nie - to przynajmniej nie będę miała poczucia, że nie zrobiłam nic.
Jestem DDA, obecnie prawie pięćdziesięciolatką po epizodzie depresyjnym 10 lat temu i w trakcie drugiego. Obraz choroby?... - och, wręcz kliniczny, obniżenie poczucia wartości własnej, lęki, apatia, wycofanie z życia, przekonanie o beznadziei we mnie i wokół mnie; kłopoty ze snem, koszmary, ogólny rozstrój zdrowia - w tej chwili również cukrzyca i nadciśnienie (obydwa schorzenia leczone). W poprzednim epizodzie depresyjnym dodatkowo myśli samobójcze. Było skierowanie do szpitala psychiatrycznego, farmakoterapia, roczna psychoterapia. Pomogły - jak przypuszczam na te około 10 lat. Teraz ponownie szukam pomocy u lekarzy, bo podejrzewam silny nawrót.
Największym moim problemem jest chroniczne zmęczenie i zniechęcenie - przede wszystkim pracą i panującą w niej atmosferą, powodowaną fatalnym przepływem informacji, natłokiem obowiązków i konfliktem możliwości, jakie panują w Firmie a oczekiwaniami - wszystkich wobec wszystkich - i, uwierzcie, wielkiej przesady w tym stwierdzeniu nie ma. Rzucę jedno hasło: podwójny rocznik...
Życia osobistego nie mam. Samotna, trochę z wyboru, trochę z konieczności. Wiadomo, jak to u DDA ze związkami bywa. A mnie w dodatku brakowało matki, nie ojca; także w tym najgorszym, najtrudniejszym dla nastolatki okresie. Emocjonalnie jestem sama nie wiem kim: dzieckiem, które zatrzymało się na pewnym etapie rozwoju i nie umie dojrzeć?... Kaleką, która kiedyś posiadała umiejętność kochania, angażowania się, ale utraciła ją na skutek wielokrotnych zawodów?... Biologiczna matka, która się zapiła, jedna macocha, która zmarła po krótkim czasie od rekonstrukcji rodziny, mając zaledwie 42 lata, druga, która zmarła sześć lat temu, zostawiając ojca samego, a mnie razem z nim i jego problemami - bo tak wszystkim najwygodniej?... Bo przecież jesteś sama, to się nim zajmij, co masz innego do roboty?...
Pracuję w zawodzie, który nie ma nic wspólnego z moimi upodobaniami. Miałam pasje i upodobania: śpiew, sztuka, literatura (czytaj dosłownie: śpiewałam i śpiewam w chórach, maluję, dziergam, szydełkuję, czytam wiele książek, sama piszę - wiersze, ale i rozprawy/recenzje przeczytanych utworów. Co z tego, skoro wszystko do szuflady, dla siebie - bo mam ciągłe poczucie, że światu to do niczego niepotrzebne, nieprzydatne. Dlatego, żeby się utrzymać, pracuję w zawodzie, którego nie znoszę. Nie potrafię natomiast nikogo przekonać, że mogłabym się utrzymać z tego, co robić uwielbiałam... No właśnie: czas przeszły.
Obecnie nie chce mi się nic. Ani wstawać codziennie do pracy, na myśl o tym cierpię na żywiołowy wstręt. Ani robić cokolwiek innego - bo po co, skoro i tak nikt na to nie zwróci uwagi, nie zapragnie, nie skorzysta?... Nic nie ma sensu, moje życie, to nie życie, tylko wegetacja i czekanie na koniec. Nie potrafię znaleźć wyjścia, nie wiem, jak wycofać się z równi pochyłej, na którą zabrnęłam na własne życzenie niejako, bo w końcu przecież jednym z największych moich pragnień było nie sprawiać nikomu kłopotów i zasłużyć na miłość/przyjaźń/uznanie... Wszędzie prześladuje mnie przekonanie, że innym wolno robić wszystko wedle własnego planu i uznania, nawet popełniać błędy, tylko mnie tego robić nie wolno! Inni błądzą, bo mają gorszy dzień, bo chorują, bo po prostu MAJĄ JAKIŚ POWÓD, a ja?... Ja... robię coś źle tylko i wyłącznie z... wrodzonej złośliwości?... Albo głupoty. Złośliwości jednak częściej.
Kolejne z moich poczuć, przekonań, to to, że inni mogą oczekiwać szacunku i walczyć o swoją godność; ja, jeśli się upominam o coś podobnego, to jestem BEZCZELNA, bo przecież do niczego się nie nadaję, o wszystkim zapominam, niczego się nie uczę, nie można na mnie liczyć (to opinia jednej z osób u mnie w pracy...) Sama zachowuję się agresywnie, nigdy się nie uśmiecham, jestem nieżyczliwa, nie umiem współżyć z ludźmi - więc nie mam prawa do jakichkolwiek wymagań...
Mam dość. Nie wiem, jak zmienić swoje życie, od czego zacząć - bo zawalone jest praktycznie na każdej płaszczyźnie. Nie twierdzę, że nie z mojej winy. Owszem - byłam tak głupia, że żyłam dla świętego spokoju tak, jak narzucali mi inni, najpierw rodzina (choć nie rodzice), potem szkoła...
Cały czas sama, samotna, nie mogąca liczyć na pomoc w rozwiązaniu problemów, więc spychająca je w podświadomość, udająca, że ich nie ma. "Odpuszczająca" wszystko, na czym mi mogło zależeć, żeby, broń Boże nie stać się znowu obiektem zawiści, niechęci, czy po prostu jakichkolwiek prób oceniania mnie. I tak od tego nie uciekłam... I tak wiecznie czuję się oceniana. I to jako ta najgorsza, niezdatna do niczego, wszystkiemu winna, bo przecież mogła!... Mogła zrobić to, tamto, ówto - a NIE zrobiła, więc... I zaczyna się jazda. Wystarczy w moim otoczeniu jedna osoba, która zna moje słabe punkty... A moje poczucie wartości leży w gruzach.
To tyle.

Odpowiedzi znajdują się poniżej

kikunia55

kikunia55

O jejku, ale Ci sie zebrało. Dobrze, ze udasz sie do specjalistów, bo chyba sama z tym natłokiem mysli i okrutnych pretensji do siebie (czemu pozwoliłam sobie aby wszyscy wjechali mi na głowę) i do świata ( czemu ten swiat tak duzo oczekuje ode mnie) nie dasz sobie rady.

Jestem teraz w lekturze "Prawiek i inne czasy" naszej najświeższej noblistki. Ksiązka ta własciwie mówi, przypomina, ze kazde zaczęte życie to początek śmierci. I wszyscy to wiemy, ale na codzien nie staramy sie tego rozkminiac, tylko miec umysł zajęty własnie codziennymi krótkoterminowymi i dlugoterminowymi planami do zrealizowania.

Ponadto jak sobie pomyslimy, ze jednak kiedys , będzie pora aby odejsc, to niektórzy z nas mogą czerpac pocieszenie w tym, ze jednak życ będą poprzez swoje dzieci czy wnuki- Tobie sie ten element układanki nie powiódl, jak rozumiem. Ale pewnie masz rodzenstwo a oni moze mają dzieci- to jednak tez dla tamtych dzieci i ich dzieci jestes jakąs cząstką życia (ten sam pień z którego sie wywodzicie i częsc tej samej puli genów).

Opieka nad starszym ojcem jest zawsze naszym obowiązkiem i jakby przygotowywaniem do przekroczenia granicy życie- śmierc. Najpierw trzeba pomóc tę granice przekroczyc rodzicowi i w ten sposób posrednio przygotowac sie samej, ze i za stosowny czas i nas to kiedys spotka.

Moze i ta niezgoda na Twoje życie, superkrytka tego swojego życia i superkrytyka otoczenia bierze sie w tej chwili stąd, ze Ty przeciez chcesz życ a nie towarzyszyc komus przy ewentualnym odchodzeniu.
Ciekawie napisałas "druga, która zmarła sześć lat temu, zostawiając ojca samego, a mnie razem z nim i jego problemami - bo tak wszystkim najwygodniej?... Bo przecież jesteś sama, to się nim zajmij, co masz innego do roboty?..."Druga żona raczej nie zmarla, bo tak jej sie zachciało, tylko tak wyszło, ze Twój tata w swoim życiu pochował swoje trzy towarzyszki życia - czyli jego siły witalne są duze a Ty w sobie przeciez tez je niesiesz (jako taki błysk, ze i pozytywy w Twoim życiu tez bywają)

Jesli Ci jednak bardzo żle z tym, ze tylko Ty jestes odpowiedzialna, za zdrowie i życie taty, to tupnij nózką i rodzeństwo, czy naturalne, czy przyrodnie ,przywolaj do porządku . Zawsze mozna czesc obowiązków nawet najbardziej zapracowanym dorzucic. Chyba, ze Ty jedyna łykasz np mieszkanie po tacie i macie umowę, ze jest to taki podział majątku, oni nie upominją się o swoje, ojciec Ci je zapisal a Ty sie nim opiekujesz - no to wiedzialas na co sie piszesz.

"Emocjonalnie jestem sama nie wiem kim: dzieckiem, które zatrzymało się na pewnym etapie rozwoju i nie umie dojrzeć?" Co Ty piszesz, jakie dziecko zawraca sobie głowę problemem odchodzenia, niespelnienia , użytecznosci lub bezużytecznosci swojej pracy i całego swojego życia. Gdybys była dzieckiem choc trochę, to byłoby Ci fajniej, radosniej . Po to psychologowie mówią, ze częciowo dzieckiem trzeba być aby zachowac w sobie pewną pogodę ducha, wiarę w to, ze wszystko sie zdarzyć moze, optymizm i umiejętnosc cieszenia sie chwilą, umiejętnosc zabawy i potrzebę odkrywania ciągle czegos nowego. Z opisu, moze teraz tendecyjnego to nijak nie wynika.

"Kaleką, która kiedyś posiadała umiejętność kochania, angażowania się, ale utraciła ją na skutek wielokrotnych zawodów?"
Nie mysle, ze to jest na skutek wielokrotnych zawodow. Ludziom tylko sie wydaje na początku ich drogi, ze wiele moze byc uczuć i wielkich milosci. Człowiek jest zdolny w kazdym wieku do milosci, ale nie ciagle i wciąz. Jak zamyka swoje oczy nawet jakis lowelas to niestety musi przyznac, ze tylko parę osób było tymi istotnymi i waznymi w ich życiu.

"Nie potrafię natomiast nikogo przekonać, że mogłabym się utrzymać z tego, co robić uwielbiałam."A kogoz ty masz przekonywac. Sama siebie na kazdym etapie życia powinnas to robic. Tylko czy na pewno masz charakter, w którym wystawiasz sie, swoje mysli na sprzedaz i nie wzrusza Cie krytyka tego, który nie chce tego kupic lub przeczyta i wzruszy tylko ramionami. Twórcy, to ludzie, którzy mają nam cos do zaproponowania i muszą być dosc gruboskórni, aby nie zalamac sie pod wpływem krytyki.Skoro piszesz do szuflady, to czujesz potrzebą pisania, ubierania w swoje slowa przemysleń np na temat ksiązki czy sztuki, ale juz nie masz odwagi szukania takiego, kto to zaakceptuje i wyda, zaproponuje stała wspólpracę. I kto tu jest winny, ze na codzień aby miec na papu, na rachunki wykonujesz nie dosc Cie pasjonujcą pracę? Niestety naprawdę niewielu ludzi zarobkuje na tym co pokochali. A Ci, którzy tak mają sami niesmiało twierdzą- czego mozna więcej chciec od życia. Robie to co bardzo lubię i jeszcze mi za to placą.

"Rzucę jedno hasło: podwójny rocznik..." Można sie domyslac, ze pracujesz w szkolnictwie. Jesli w dziale administracyjnym, to pewnie tych papierów, spraw zrobiło sie wiele więcej do przemielania. Jesli jako nauczycielka, to naprawdę bardzo wskazane sa konsultacje lekarskie, bo chyba bardzo trudno pracowac z młodzieża, dziecmi jak sie nie lubi ludzi. A mam nadzieję, ze to tylko teraz, jak nastał czas tej depresji Ty nie lubisz ludzi i wg mnie wmawiasz sobie, ze i oni Cie nie lubią.

"Sama zachowuję się agresywnie, nigdy się nie uśmiecham, jestem nieżyczliwa, nie umiem współżyć z ludźmi - więc nie mam prawa do jakichkolwiek wymagań..."rozumiem, ze przytaczasz taką opinię o sobie jakies niezyczliwej Ci osoby a nie jest to wg Ciebie opis samej siebie w Twoich własnych oczach. Tak czy siak, uśmiech na Twarzy nie zaszkodził jeszcze nikomu a pomógł wiele razy.

Nie umiem Ci pomóc. Rozumiem, ze potrzebujesz pewnie i leków i terapii. Jestes jeszcze mimo dorosłego wieku zbyt młoda na takie czarnowidztwo i zbyt stara na taką niezgodę na swiat jaką tu przedstawilas. Trzymam kciuki abys na mądrych lekarzy i terapeutów trafiła.

154416 kikunia55 Kobieta, 105 lat, wygwizdów
~kronika13

~kronika13

@Kikunia55, bardzo Ci dziękuję :) To, co napisałaś na końcu, okazuje się nie do końca prawdą: "Nie umiem Ci pomóc." A jednak trochę pomogłaś, upewniając mnie, utwierdzając w kilku aspektach, o których wiedziałam i tak. Chodzi mi o tę superkrytykę mnie i mojego życia, o to również, iż jeśli się nie zgadzam na samodzielną opiekę nad Ojcem, to powinnam tupnąć nóżką... Oczywiście kulturalnie, ale stanowczo. Wiesz, moje rodzeństwo, to bracia, mężczyźni, oni, niejako siłą rzeczy od Ojca dostali więcej, bo Ojciec córkę kochał i kocha, ale... zawsze się jej trochę bał, jako "istoty" o innej płci, konstrukcji psychicznej - wiesz, jak to jest. Może moja gorycz, i te cierpkie słowa o trzeciej żonie Taty, że sobie odeszła, zostawiając [...] - może one wynikają z faktu, że nadal nie przeżyłam do końca swojej żałoby po Niej, bo byłam z nią mocno związana.
Sprawy mieszkania i podziału majątku nie zaważyły na tym, że większość problemów Taty rozwiązujemy tylko we dwójkę, bracia mają swoje rodziny, ale w najważniejsze sprawy się angażują, tego im nie odmawiam :) Są jednak mężczyznami i... mam wrażenie, że nie bardzo mnie rozumieją - stąd poczucie osamotnienia. Nie mam żadnej przyjaciółki w swoim wieku - to też pogłębia owo poczucie niezrozumienia w "męskim" świecie - ale jednocześnie bez męża.
Cóż... trzeba iść do przodu i nie rozpamiętywać za długo, podjąć decyzję albo o leczeniu, albo uznać, że to obniżenie nastroju jest chwilowe, a co za tym idzie, znaleźć pozafarmakologiczną drogę walki z nim.
Chyba jednak zdecyduję się na leczenie, byłam uprzedzana, że taka możliwość może zaistnieć.
Dziękuję Ci raz jeszcze za Twoją wypowiedź :)
Pozdrawiam

ka-wa

ka-wa

Może spróbuj niekonwencjonalnych metod, jak joga, medytacja, akupunktura.
Może rozmowa online z psychoterapeutą.
Farmakologia też sobie do końca nie radzi z takimi problemami.
Szkoda, że nie masz takiej koleżanki od serca, chociaż pogadać można też z sąsiadką.

--

Szanuj zdanie innych...

104146 ka-wa Kobieta, 104 lata, Toruń
Javiolla

Javiolla

Droga kroniko> większość napisała już kikunia. Ja od siebie dodam, ze tez jestem niespełnioną poetką. Długo dążyłam do wydania mojego refleksyjnego tomiku. Oj jak było trudno, nawet o tym pisałam gościnnie na pewnym blogu. Po kilku latach starań, nadziei, wręcz walki z wydawnictwami i sponsorami udało się. Tak sobie wydałam tomik z nadzieją, że moje słowa komuś pomogą. Pewnie pomagają bardzo nielicznej garstce, która dotarła do moich wierszy. Moze by pomogły bardziej, gdyby ktoś poezję czytał i kupował heh. Jestem teraz na etapie rozdawania moich tomików na cele charytatywne, na licytacje, kiermasze... przynajmniej tyle mogę zrobić. Nie zarobię na swoich wypocinach, ale pomogę komuś. Podobno dobro powraca.
Propozycje dla Ciebie:
Może na początek założyć blog albo chociaż stronę na fb. Wyciągnij z szuflady swoje dzieła i dziel się tym co napisałaś, daj komuś poczucie, że Twoje słowa komuś pomogły... np. dały ukojenie, odprężenie, poczucie zrozumienia, nakłoniły do refleksji.
Nie wiem po co podzieliłam się z Tobą dygresją na prywatny temat, ale chyba ucieszyłam się, ze trafiłam na artystyczną duszę. Śpiewasz, piszesz, czytasz, dziergasz i szydełkujesz. Cudownie.
Sądzę, że akurat ze śpiewu mogłabyś się utrzymywać. Wystarczyłoby zahaczyć się o coś, no niech będzie coś najprostszego... zespół muzyczny taki weselny i festynowy.
Mając więcej pewności siebie mogłabyś znaleźć pracę w poważniejszych chórach/zespołach i śpiewać u boku kogoś znanego.
Prace ręczne są niedocenione to fakt, jak każda twórczość, ale dorywczo możesz dziergać i sprzedawać przez internet.

Sadze, że powinnaś iść na terapię pod kątem DDA. Brakuje Ci wiary w siebie, a poczucie wartości zbyt niskie, aby być pewną siebie.

--

"Twoją rzeczywistą i ostateczną prawdą jest sposób, w jaki przeżywasz swoje życie, a nie idee, w które wierzysz"

214141 javiolla Kobieta, 44 lata, Kaszuby
~Gość 91000

~Gość 91000

Pani Viola to jest fenomen tego forum. Nie ma sytuacji której by nie przeżyła .Co kto nie napisze to ona tak ma lub miała . Jest zbiorem wszystkich problemów i zdarzen opisywanych na tym portalu.
Zaczyna mnie to zastanawiać.
Może jest botem ?

Javiolla

Javiolla

Gość> uznam to za komplement. Nie wszytko przeżyłam, ale wiele... to fakt. Proszę sobie wyobrazić, ze są tacy ludzie, którzy wiele przeżyli oraz interesują się losem innych ludzi, toteż wiele słyszeli. A gość ma coś wartościowego do powiedzenia poza ujadaniem?

--

"Twoją rzeczywistą i ostateczną prawdą jest sposób, w jaki przeżywasz swoje życie, a nie idee, w które wierzysz"

214141 javiolla Kobieta, 44 lata, Kaszuby
~Gosc91000

~Gosc91000

Nie mam .Psy ujadaja a karawana jedzie dalej. Czekam na dalszy ciąg opowieści dziwnej treści Pani Violi.

Javiolla

Javiolla

~Gosc91000
Psy ujadaja a karawana jedzie dalej.

Dokładnie tak ;) .

--

"Twoją rzeczywistą i ostateczną prawdą jest sposób, w jaki przeżywasz swoje życie, a nie idee, w które wierzysz"

214141 javiolla Kobieta, 44 lata, Kaszuby